• 13.jpg
  • 14.jpg
  • 15.jpg
  • 16.jpg
  • 17.jpg
  • 18.jpg
  • 06.jpg
  • 7.jpg
  • 10.jpg
  • 009.jpg
  • 12.jpg
  • 13.jpg
  • 37006-normal.jpg
  • 827928709_1_644x461_rev001.jpg
  • 02.jpg
  • 9.jpg
  • 2.jpg
  • 5.jpg
  • 09.jpg
  • 04.jpg
  • 07.jpg
  • 05.jpg
  • 1.jpg
  • 6.jpg
  • 11.jpg
  • 08.jpg
  • 03.jpg
  • 4.jpg
  • 01.jpg
  • 3.jpg
  • GELG.gif
  • 4068de67b848c9d5d40ec45784d72c62.jpg
  • 1200px-Liqui-moly.svg.png
  • 8.jpg

Zapis audycji "Nie śpij, zwiedzaj z Radiem Gdańsk" z naszym udziałem z dnia 08.07.2017. Podczas audycji poznaliśmy Państwa Łopacińskich, co jeszcze bardziej zmieniło nasz i tak zwariowany świat.

 

 

Zapraszamy do fotorelacji naszej drużyny ze Złombola w 2015 roku i naszego "wdrapywania się" na przełęcz Stellvio.

Czytaj więcej...

Dzień 15.

Rano kolejna niespodzianka. Po otwarciu zabunkrowanych drzwi samochodów naszym oczom ukazała się piękna dolina. Wokół było kilka jurt pasterzy. Rozproszone stada koni i kóz pasły się wzdłuż strumienia. Widok niczym kadr wyciągnięty z bajki. UAZ jak zwykle nie zawiódł w doborze miejsca postoju. Przed ruszeniem w dalszą podróż zdecydowaliśmy się na zwiedzenie okolicy. Zostaliśmy ugoszczeni przez małżeństwo pasterzy w jednej z okolicznych jurt. Tuż po wejściu podano nam kumys- lokalne „lekarstwo” (a przynajmniej tak nam powiedziano). Napój wydobywany z wielkiej beczki wyglądał trochę jak polskie zsiadłe mleko za to smakiem przypominał sfermentowany oscypek w płynie z aromatem końskiego zadka. Nie wszystkim przypadł do gustu, ale kultura nakazuje wypić co najmniej połowę podanego napoju, inaczej można obrazić gospodarzy (jak mus to mus-do dna!) Po rozmowie naszym ulubionym językiem migowo-polsko-ruskim małżeństwo pokazało nam swoje gospodarstwo, a pani gospodyni zademonstrowała i nawet pozwoliła wydoić klacz. Później wsadzili nas na konie i puścili wolno abyśmy sami mogli pozwiedzać okolice i posmakować tutejszych obyczajów. W czasie kiedy jedni jeździli na koniach inni słuchali opowieści. Kirgijczycy okazali się niesamowicie przyjaznymi ludźmi, których opowiadania (pomimo naszej kiepskiej znajomości języka) były naprawę fascynujące. Mówili nam o sobie i o swoich zwyczajach. Jurty budowane z drewna obijali owczą wełną, która przypominała gruby filc. Każdy element budulcowy miał swoją własną nazwę, a u zwieńczenia dachu było coś na kształt pokrywy, na której była…bateria słoneczna! Idealne połączenia tradycji i nowoczesności. Trafiliśmy akurat w okres kiedy pasterze wyprowadzają się w góry w celu wypasu zwierząt, trwa to około pięciu miesięcy w roku. W okresie zimowym wracają do niżej położonych pobliskich miasteczek i wsi. Dzieciaki do 15 roku życia idą wtedy do szkoły, a rodzice zajmują się zwierzętami w zagrodach oraz obróbką skór i mięsa. Jedną z anegdotek było to, że w Kirgistanie co jakiś czas goszczą na wakacjach gwiazdy Hollywoodu – Sylvester Stalone, Meryl Streep czy Whitney Houston, a Jackie Chan co roku spędza wakacje nad Issyk Kuul. Po gościnie u Kirgijczyków wróciliśmy do naszych UAZów. W ramach odmiany padł pomysł żeby ruszyć na szczyt pobliskiej góry (jednej z tych, które tworzyły malowniczy krajobraz). Nie wszyscy dali radę dotrzeć na szczyt gdyż „pobliska góra” okazała się mieć 3772 m n.p.m!!! Zdobycie jej nie było takie proste jak wcześniej przypuszczaliśmy, szczególnie, że podejście było bardzo strome i kamieniste, a o wytyczonej ścieżce można było pomarzyć. Wybraliśmy się na trekking bez żadnego przygotowania, ale widok z góry był wart każdego wysiłku. Późnym popołudniem, zmęczeni jak konie po westernie, ruszyliśmy dalej w drogę. Okazało się, że podjazd, na który wjeżdżaliśmy ma 3326m! Jest to najwyższy punkt na jaki udało nam się dotychczas wjechać!!! Na tablicy z wysokością znaleźliśmy wlepkę naszego znajomego Arkadego Fidlera. Dołożyliśmy tam naszą i dalej ruszyliśmy w drogę na Biszkek. Wieczór i noc spędziliśmy w Mountain Hostel, jedynym zalążku cywilizacji w usianych serpentynami górach.

View the embedded image gallery online at:
http://nauazach.pl/index.php?start=30#sigFreeIdf2f0ead8d3

Dzień 16.

Kolejny niezwykły poranek. Po pierwsze- po otwarciu drzwi naszego domku ukazała się piękna panorama gór Tien-shan. Po drugie- noc spędzona w normalnym łóżku była spełnieniem dwutygodniowych marzeń. A po trzecie- wreszcie normalny prysznic! Prawie normalny bo ciepłej wody starczyło tylko na jedną osobę. Ruszyliśmy dalej na Biszkek. Droga do stolicy Kirgistanu prowadziła przez góry i góreczki. Długie podjazdy wykańczały powoli silniki UAZów, a niebezpieczne zjazdy wymagały częstych postojów na chłodzenie hamulców. Kiedy wreszcie zjechaliśmy w dół doliny, droga biegła wzdłuż krystalicznego strumienia pomiędzy górami liczącymi po 4 tysiące metrów. Widok zapierał dech w piersiach. Przedmieścia Biszkeku zaczęły się już ponad 40km przed miastem. Było to zupełnie coś innego, niż to co widzieliśmy dotychczas w Kirgistanie. Ulice były zatłoczone, a na poboczach stało pełno samochodów, próbujących się włączyć do ruchu (niekoniecznie w bezpieczny sposób). Pasów było tyle ile zmieściło się samochodów, czasem 2, a czasem nawet 5, wszystko było kwestą fantazji kierującego. Przedmieścia Biszkeku to przede wszystkim ogromna giełda samochodowa, przypominająca wystawę starych samochodów. Najnowsze auta jakie można było tam nabyć miały jakieś 15 lat. Za giełdą znajdowała się dzielnica mechaników. Każdy budynek, był warsztatem samochodowym, a pracownicy każdego z nich mieli pełne ręce roboty. Niektóre warsztaty wyglądały prawie jak te, do których jesteśmy przyzwyczajeni, jednak większość to po prostu kawałek betonu z narzędziami. Na końcu ulicy znajdował się targ, na którym zakupiliśmy potrzebne części do UAZa. Mieli dosłownie wszystko i to od ręki w 100% oryginalne (nawet w Polsce nie udałoby się tak szybko tego załatwić!). Na ulicach Biszkeku miało się wrażenie, że jest to zupełnie inny świat niż prowincja. Pojawiali się ludzie o białej skórze, zarówno lokalni jak i turyści. W samym sercu miasta, pomiędzy budynkami rodem z socrealizmu znajdowało się centrum handlowe. Wyglądało dość europejsko, z tym wyjątkiem że nie było klimatyzacji (albo po prostu nie była w stanie przerobić tej temperatury). Każde z pięter miało inny rodzaj asortymentu: elektronika, ciuchy, biżuteria i kosmetyki, a na samej górze pamiątki i starocie z czasów ZSRR i nie tylko. Miłośnik tego rodzaju rzeczy mógłby tam stracić majątek (kieszonkowa srebrna Omega za 650 dolarów!). Po zakupach udaliśmy się na ostatni posiłek w Kirgistanie. Pyszne mięso baranie podawane w europejskich standardach podniosło morale wszystkich uczestników wyprawy. Czas wyruszyć w drogę powrotną do Polski… Przejście graniczne było położone naprawdę blisko miasta, a w kolejce stała duża ilość pieszych. W pewnym momencie podeszła do nas rodzina i powitała nas w naszym ojczystym języku. Wywołało to u nas niemałe zdziwienie. 6000 km od domu, w milionowym mieście spotkaliśmy Polaków! Okazało się, że jest to przemiłe małżeństwo z Nowego Sącza, które przyjechało na okres próbny do pracy w mieście Almaty w Kazachstanie. Opowiedzieli nam o życiu i pracy z Kazachami oraz o realiach mieszkania w tym dziwnym kraju. Ich zdziwienie było duże gdy usłyszeli, że udało nam się dotrzeć tak daleko bez znajomości języka rosyjskiego (można? można!). Ich obecność na kirgisko - kazaskiej granicy spowodowana była zakończeniem 30-to dniowej wizy i musieli opuścić Kazachstan na minimum 12 godzin. Niestety zostaliśmy rozdzieleni, pogranicznicy ich rozpoznali i zaprowadzili na „osobistą rewizję”. Takie działania nie do końca są legalne przez co musieli uiścić „zwyczajową” opłatę graniczną. Za granicą mały serwis UAZów i w drogę. Przed nami prawie 3000km po stepach Kazachstanu.

View the embedded image gallery online at:
http://nauazach.pl/index.php?start=30#sigFreeId878e124aa6
 

Pomagamy Paulince!

Copyright © 2017. All Rights Reserved.