• 13.jpg
  • 14.jpg
  • 15.jpg
  • 16.jpg
  • 17.jpg
  • 18.jpg
  • 08.jpg
  • 05.jpg
  • 7.jpg
  • 10.jpg
  • 04.jpg
  • 07.jpg
  • 2.jpg
  • 1.jpg
  • 8.jpg
  • 827928709_1_644x461_rev001.jpg
  • 1200px-Liqui-moly.svg.png
  • 11.jpg
  • 4068de67b848c9d5d40ec45784d72c62.jpg
  • 12.jpg
  • 009.jpg
  • 9.jpg
  • GELG.gif
  • 02.jpg
  • 09.jpg
  • 3.jpg
  • 37006-normal.jpg
  • 5.jpg
  • 13.jpg
  • 06.jpg
  • 01.jpg
  • 03.jpg
  • 4.jpg
  • 6.jpg

Dzień 12.

Późnym popołudniem dotarliśmy pod granicę z Kirgistanem. Oczywiście wybraliśmy mniej popularną granicę, która okazała się zamknięta ze względu na zły stan dróg. Konieczna była podróż na kolejne przejście graniczne niedaleko miejscowości Talas. Jadąc znaleźliśmy trasę, która biegła przez zaporę. Droga była podejrzanie zagrodzona szlabanem, ale żaden szlaban nie jest dla na przeszkodą. Kiedy byliśmy w połowie zapory z naprzeciwka na pełnej prędkości sunął w naszą stronę samochód. Gdy podjechał bliżej okazało się, że siedzi w nim dwóch policjantów –pierwsza myśl: „Mamy przeje…”. Wycofaliśmy się powoli, za szlaban i grzecznie przywitaliśmy się ze stróżami prawa. No i, jak zwykle, zadziałała „Magia Bałagana”. Stróże tamy ewidentnie nie wyglądali na zadowolonych, kompletnie nie rozumieli dlaczego akurat wybraliśmy tę drogę skoro ta właściwa była 10 m dalej. Jedynym słusznym językiem- migowo-polsko-ruskim Bałagan „wyjaśnił” sprawę i skwitował krótko: „Czas,czas.. My na kordon, musim ujeżdżali. Lasfidania” i pojechaliśmy zostawiając zdezorientowanych stróży z grupką lokalnych dzieci. Kolejna udana i ”bezbolesna” konfrontacja z tutejszą policją zaliczona! Do teraz nie wiemy kto był bardziej zdziwiony- my czy oni :P Wjechaliśmy do miejscowości Talas, szybko okrzykniętej kazaskim Las Vegas. Ulice przepełnione były wypasionymi limuzynami, a co jakiś czas widać było grupki elegancko ubranych tubylców. Wokół widniało mnóstwo kolorowych świateł. Istne Las Vegas (na miarę Kazachstanu)! Nam imprezy nie w głowie, był najwyższy czas na tankowanie.. ale za co? Przy wyjeździe z kraju każdy był doszczętnie spłukany z kazaskiej waluty. Zaczęły się gorączkowe poszukiwania kantoru. Trwało to sporo czasu i tylko dzięki pomocy Jewgieniego, kazacha pochodzenia ukraińskiego, udało się znaleźć szybko kantor i dodatkowo przejechać Audi A6. Był już najwyższy czas na kolację- kebaba! Potem od razu na granicę. 

Dzień 13

Przekroczenie granicy było niemałym wydarzeniem. O ile już Kazachstan robił na nas ogromne wrażenie, o tyle przekroczenie granicy z Kirgistanem był kosmosem. Czuliśmy się jak byśmy wjeżdżali do kraju trzeciego świata. Rozpadające się budy tuż za granicą, drogi z gównolitu i wszechobecny chaos w środku nocy budził niemałe zdziwienie. JEST SUKCES! DOTARLIŚMY DO CELU, JESTEŚMY W KIRGISATNIE!!! Zaraz za granicą- pierwsza kontrola milicji. Na szczęście nic poważnego. Pełni radości ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca na camping. Radość z osiągnięcia celu spowodowała, że sobie trochę bardziej pozwoliliśmy z prędkością i nie trwała zbyt długo. Niezawodny UAZ dał o sobie znać –„Łut łut, jeb jeb jeb” i stanęliśmy. UAZ Ciuralla jak zawsze wybrał miejsce postoju. Linka holownicza i go go Power Rangers. Gdziekolwiek, byle dalej od głównej trasy. Nagle rozbrzmiały koguty i kolejna kontrola milicji. Kolejne pogaduchy.. co, gdzie, po co, gdzie śpimy, co robimy… Przekazaliśmy odrobine suvenirów z Polski … Było ich dwóch więc trzeba było dołożyć podwójnie. I nagle bez żadnych problemów można ujeżdżać dalej. Doholowaliśmy się w najdalsze miejsce w jakie daliśmy rade się holować i rozbiliśmy obóz. Poranek pokazał nam coś niesamowitego, UAZ wybrał na camping taras widokowy na zapore Kirov. Wspaniały widok, wielka zapora z lazurową wodą, twarz Lenina wykuta w oddali na budynku tamy, a wokół same góry. Po porannej kawie konieczne było rozdzielenie się grupy. Na pokładzie Czarnego Natalia z Tomkiem ruszyli szukać części do UAZa… z powrotem do Kazachstanu. Reszcie nie pozostało nic innego jak zajęcia w podgrupach na zabicie czasu. W przeciwieństwie do campu Ozinki, tu było co robić. Góry, zalew i piękna okolica pozwoliły na aktywne spędzenie popołudnia, ale nawet to po jakimś czasie okazało się niewystarczające. Po 8 godzinach na słońcu i deficycie wody stwierdziliśmy, że trzeba się wybrać do najbliższego magazinu. Jeden z tubylców powiedział, że miasto jest 2km od nas. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że miejscowi totalnie nie mają poczucia odległości.. złapaliśmy stopa, a miasto okazało się być nie 2, a 20 km od nas. Centrum miasta było targowisko połączone z dworcem busów i taksówek. Samo targowisko jak na europejskie standardy było niecodziennym widokiem. Role budek z towarem pełniły kontenery, a tuż obok skarpetek można było znaleźć worki z fasolą, mięso i lokalnego spawacza. Na ulicach co 15 m leżały stosy arbuzów i melonów. Co jakiś czas miejscowi zainteresowani białymi twarzami robili sobie z nami zdjęcia. Po zakupach z racji dużej odległości od campu zdecydowaliśmy się na taksówkę (a co, zaszaleć można!). Z krajów, w których byliśmy Kirgistan wyróżniał się najlepszymi autami, na ulicach można było zauważyć już nowsze i zachodnie pojazdy (mamy wrażenie, że auta z polskich skupów, przeżywają swoją drugą młodość właśnie tutaj). My akurat trafiliśmy na 30-letnie Audi 100, ale było w świetnym stanie – prawie wszystko w nim latało. Dotarliśmy do obozu, a chwile po nas Czarny. Tomek z Natalią spotkali w mieście sprzedawcę części, który tak się przejął naszym problemem że rzucił wszystko żeby tylko zająć się nimi. Jedną ręką dzwonił, drugą pisał wiadomości. 15 telefonów, dużo zamieszania, twarde negocjacje i łapa do silnika i wiatrak załatwione! Zwycięstwo! Wrócili z tarczą. Wymęczeni po całym dniu walki ze słońcem postanowiliśmy się wykąpać w… zalewie. Nie była to kąpiel rekreacyjna, bynajmniej! Szampony i żele poszły ruch. Chłodna woda była jak zbawienie, a z tak dużej ilości koniecznie trzeba korzystać (nie wiadomo kiedy następny prysznic). Czyści i pachnący ruszyliśmy zaspokoić nasze brzuchy i napełnić je zawartością kolejnych słoików. Wieczory w Kirgistanie są bardzo chłodne, padł więc pomysł żeby rozpalić ognisko. Pojechaliśmy załatwić drewno. Zatrzymaliśmy się przy pierwszym budynku przed miastem. Okazało się że jest to magazyn sprzedający fasolę. Przywitali, ugościli, wspaniali ludzie. Dostaliśmy wodę i drewno zupełnie za darmo. Dzień zakończyliśmy przy ognisku, pod gwiazdami przy muzyce akordeonu i śpiewach bawiących się nieopodal lokalesów.

Dzień 14.

Pobudka skoro świt i serwis UAZa. Oczywiście nie obyło się bez samochodowych kaprysów więc konieczny był kolejny (ale mały) shopping w mieście. Przy kolejnym serwisie okazało się, że nie obędzie się bez pomocy lokalnego „usuwacza ciąż”(złotej rączki). Pojechaliśmy do naszych znajomych od drewna i fasoli i zapytaliśmy gdzie takiego znajdziemy. Polecił nam iść coś zjeść podczas kiedy on sam sprowadził spawarkę z operatorem. Poszliśmy na obiad do najlepszej knajpy w mieście, z polecenia zamówiliśmy baraninę. Mięso dobre, podawane na gorącym kamieniu, jeszcze skwierczące i bardzo, bardzo tłuste. Okazało się wcale nie takie tanie jak przypuszczaliśmy, ale nie ma się co dziwić- w końcu najlepsza knajpa, prawie ekskluzywna i miała aż 3 gwiazdki sanepidu w kategorii czystości. Wróciliśmy do naszego znajomego, który już zdążył załatwić spawarkę. Szybka akcja zamieniła się w potrójną awarię. Udało się wszystko pospawać, ale okazało się, że zmieniło się położenie wiatraka i przy pierwszym odpaleniu odpadły wszystkie łopatki. Ruszyliśmy na kolejne zakupy i na szczęście udało się znaleźć dokładnie taki wiatrak jak potrzebujemy. Z racji później pory zdecydowaliśmy się zaryzykować i ruszyć w drogę bez wiatraka. Po kilku kilometrach padła decyzja o zdjęciu maski i dalszą drogę kontynuowaliśmy z gołym silnikiem. Kilkadziesiąt kilometrów później na jednym z podjazdów UAZ zdecydowanie się zbuntował i jak zawsze zadecydował o rozbiciu obozu. Noc była bardzo zimna, do tego stopnia, że spędziliśmy ją w autach.

 

Pomagamy Paulince!

Copyright © 2017. All Rights Reserved.