• 13.jpg
  • 14.jpg
  • 15.jpg
  • 16.jpg
  • 17.jpg
  • 18.jpg
  • 13.jpg
  • 8.jpg
  • 5.jpg
  • 1200px-Liqui-moly.svg.png
  • 6.jpg
  • 11.jpg
  • 09.jpg
  • 12.jpg
  • 04.jpg
  • 3.jpg
  • 07.jpg
  • 9.jpg
  • 1.jpg
  • GELG.gif
  • 009.jpg
  • 4.jpg
  • 06.jpg
  • 4068de67b848c9d5d40ec45784d72c62.jpg
  • 7.jpg
  • 05.jpg
  • 03.jpg
  • 2.jpg
  • 37006-normal.jpg
  • 10.jpg
  • 01.jpg
  • 02.jpg
  • 08.jpg
  • 827928709_1_644x461_rev001.jpg

Dzień 10.

Całodniowy teleport doprowadził nas do Aralska, miejscowości, która niegdyś była bardzo związana z pobliskim "morzem" Aralskim. Dziś z wielkiego morza została tylko pustynia przez co miasto straciło swoją dawną świetność i stało się zwykłą mieściną pośrodku niczego. Kilka kilometrów przed miastem natrafiliśmy na pierwsze stado wielbłądów. Nie mogło zabraknąć sesji zdjęciowej więc konieczny był postój. Po chwili na kucyku przyjechał właściciel stada, pokazał nam wielbłądy, pozwolił robić zdjęcia i opowiedział o hodowli. Poprosił żebyśmy mu wysłali zdjęcia i napisał nam adres na kartce. Nie był to mail jak się wszyscy spodziewali tylko adres jego prywatnego domu. Jakby ktoś był zainteresowany i znalazł się przypadkiem w tych okolicach niech powoła się na nas mamy u niego kg mięsa wielbłądziego po 5zł  Do samego miasta wjechaliśmy późnym wieczorem. Zdziwiła nas ilość dymu na ulicach i ogrom dziwnych zapachów, których źródłem były liczne grille z różnego rodzaju mięsem. Tej nocy zdecydowaliśmy się na hotel, ekskluzywny, za całe 15 zł za osobę! „Najlepszy hotel” w Aralsku miał tylko jedną, ale za to bardzo zachęcającą opinie na tripadvisor.com: "Najgorsze miejsce, w jakim byłam...". Zostawiliśmy nasze auta, rzeczy i ruszyliśmy w miasto. Zdziwiło nas, że poniedziałek jest tak rozrywkowym dniem. Bardzo dużo ludzi było w lokalnym wesołym miasteczku i „klubach”. Bardzo głodni desperacko ruszyliśmy na poszukiwania jedzenia. Jedyne, co było do wyboru to grillowane mięso. Nie można powiedzieć, że obsługa była zła.. jej po prostu nie było. W końcu się doczekaliśmy przyjęcia zamówienia, niestety, co lepsze rodzaje mięsa skończyły się i zostały nam tylko kaczka i kurczak. Do tego czerwony sos z cebulą i chleb. Obyło się bez piwka, ponieważ właściciel, jako muzułmanin nie sprzedaje alkoholu. Najedzeni, ale wciąż wymęczeni ruszyliśmy na podbój miasta. Wylądowaliśmy w najlepszym klubie w mieście. Z zewnątrz wyglądał na całkiem europejski, elegancki klub, za to we wnętrzu królował styl lat 80. z nowoczesnymi dodatkami (kolorowe światła odwalały kawał dobrej roboty). Na parkiecie tańczyło dużo młodych ludzi ubranych bardzo elegancko, niemal weselnie. Pary tańczyły razem, ale jakby osobno, prawie w ogóle się nie dotykając (prawdopodobnie ze względu na religię). Muzyka w dużym stopniu zachodnia zmiksowana z lokalnymi hitami. Zdecydowanie można było się pobawić. Stanowiliśmy niemałą atrakcje dla lokalnych. Co kilka parę chwil ktoś nowy nas zaczepiał. Aż w pewnym momencie…

Dzień 11.

Znaleźliśmy tubylca, który powiedział, że zabierze nas by pokazać opuszczone kutry na wyschniętej części jeziora, dla nas była to atrakcja "must see" więc opory były niewielkie, problemem była tylko godzina wyjazdu- jeśli mielibyśmy zdążyć przed wschodem słońca musieliśmy wyruszyć o 3:00. Z racji imprezy i braku kierowców, za kierownicą jednego z aut usiadł „lokales”. Do drugiego auta wsadził swojego kolegę, jako pasażera, w sumie do tej pory nie wiemy, po co. Wiedząc, że jedziemy w głęboką pustynie, odciążyliśmy uazy maksymalnie zostawiając wszystko co niepotrzebne w hotelu. No to w drogę.. Mieliśmy do przejechania około 80 km przez pustynie. Droga okazała się najgorszą, jaką mieliśmy dotychczas do pokonania. „Adin meter dziura” to pikuś przy tym co widzieliśmy. Przejechanie 60km zajęło nam chyba z 5 godzin. Dotarliśmy do osady pośrodku niczego, głównie zajmującej się hodowlą wielbłądów. Mieliśmy do pokonania podobno 5km do celu... potem znów 5 km i znów 5 km i cierpliwość nam sie skończyła. Zatrzymaliśmy się by zsięgnąć jezyka u geologów na pustyni. Powiedzieli, że kutry zostały rozebrane i usunięte kilka lat temu. Wywołało to w nas niemałą złość i rozgoryczenie bo zmarnowaliśmy pół dnia na przejżdzkę po pustyni po beznadziejnych drogach, zamiast wykorzystać to na regenerację sił. Wróciliśmy do hotelu, szybki serwis, pranie, pakowanie i na uazy. Kolejne non stop tym razem już do granicy z Kirgistanem, a może i dalej.

 

 

Pomagamy Paulince!

Copyright © 2017. All Rights Reserved.