• 13.jpg
  • 14.jpg
  • 15.jpg
  • 16.jpg
  • 17.jpg
  • 18.jpg
  • 04.jpg
  • 827928709_1_644x461_rev001.jpg
  • 5.jpg
  • 6.jpg
  • 3.jpg
  • 8.jpg
  • 7.jpg
  • 03.jpg
  • 07.jpg
  • 08.jpg
  • 2.jpg
  • 4.jpg
  • 02.jpg
  • 1.jpg
  • 4068de67b848c9d5d40ec45784d72c62.jpg
  • 01.jpg
  • 13.jpg
  • 1200px-Liqui-moly.svg.png
  • 09.jpg
  • 11.jpg
  • 9.jpg
  • 12.jpg
  • 10.jpg
  • GELG.gif
  • 06.jpg
  • 05.jpg
  • 37006-normal.jpg
  • 009.jpg

Dzień 4 ‌

Wreszcie wyczekany nocleg. Spaliśmy na stacji benzynowej nieopodal miejscowości Sudża. Zdecydowanie tego najbardziej potrzebowaliśmy zaraz po prysznicu, którego tam niestety nie było. Z samego rana, zaraz po śniadanku i kąpieli w umywalce mieliśmy ruszyć w droge. UAZ Ciuralla Squad wymagał drobnej naprawy na 20min... która skończyła się około południa, dnia następnego. A to wszystko dlatego, nie nowe gumy wału zabrane z Polski, okazały się inne od tych, które są potrzebne... Skoda jako samochód serwisowy dzielnie ruszyła na shopping do miasta. Pierwsze trzy sklepy przyniosły tylko rozczarowanie. W czwartym nasza ostatnia nadzieja. Po długim szukaniu i wizji kolejnej porażki, jedna z Pań zniknęła na zapleczu by wrócić dokładnie z tym czego było nam trzeba. Grejt Sukces! Czas wracać z odsieczą. Godzinna naprawa przedłużała sie niemiłosiernie, ułazik tego dnia był bardzo kapryśny. W międzyczasie część grupy ruszyła do miasta. Poznaliśmy tam tubylców, którzy okazali sie być przemili.. Wymienili dolary po dobrym kursie i dołożyli do tego arbuza. Jak sie przekonaliśmy arbuz w tych stronach to chyba zwyczajowy podarunek, co krok to jakiś gratisowy arbuz 🙂 Ruszylismy dalej nad jezioro pod Kurskiem, a Ciuralla miała się w tym czasie pozbierać. Wielkie jezioro pod Kurskiem oczywiście z zakazem kąpieli, ale od kiedy to dla nas problem? Poszukiwania plaży zakończyły się na tyłach supermarketu... Co kraj to obyczaj jak mówią;) Z racji braku prysznica od kilku dni (umywalka na stacji to nie prysznic!) zakaz kąpieli nam nie przeszkadzał... Woda- coś niesamowitego, chyba ze 30 stopni. Temperatura była dość podejrzana zwłaszcza że w oddali widać było kominy elektrowni. Pojawiły się obawy że możemy w nocy świecić 🙂 Po kąpieli wykwintna kolacja przygotowana przez nasze Panie, na parkingu supermarketu. Pojawiło się paru gości.. Między innymi policja, którą pokonaliśmy brakiem zrozumienia języka 🙂 po 15 min "rozmowy" poddali się. Ciuralla "naprawiona" więc mogliśmy ruszyć na poszukiwanie noclegu. -Google.. Powiedz mi gdzie camping...?! Okazało się że jedyny camping w okolicy to ośrodek przygotowań olimpijskich, który przyjmuje tylko sportowców i po 23 nie bardzo jest z kim negocjować. Więc rozbiliśmy się im prawie pod bramą 🙂 ‌

Dzień 5

Prawie wyspani po nocnych rozmowach (i nie tylko) ruszyliśmy znów na shopping.. Znaleźliśmy lokalne centrum części do uaza.. Mieli chyba wszystko! Gorzej było z poszukiwaniem gumy do wału od BMW... 2 godziny kręcenia się po mieście zakończył zakup kebaba, bez części. Nie wyglądał i nie smakował w przeciwieństwie do Pani, która go przyrządzała ❤. Zwinęlismy obóz i trasa non stop na Saratów.

Dzień 6. ‌

Po całonocnym teleporcie wjechaliśmy do Saratowa. Piękne i wielkie miasto, pełne ludzi i socrealistycznej architektury. Zaliczyliśmy obowiązkową szybką kąpiel w Wołdze, rzece granicznej z Azją. Dalej w drogę, zostało 250 km do granicy z Kazachstanem i 5h czasu.. Damy radę! No i zaczęły się schody 😞 Trasa na Ozinki okazała się zbyt wymagająca.. Maksymalna prędkość- 30km na godzinę po asfalcie połączonym z łatami i innym smietnikiem. Pobocze było w lepszym stanie niż to co nazywali drogą. Dotarliśmy do granicy zmęczeni jak konie po westernie i pojawił się większy problem. Po drodze wkroczylismy w inną strefe czasową i byliśmy na granicy nie 23:25 tylko 00:25, co oznaczało że wiza Pei-Wen, skończyła się 25 min wcześniej 😞 Duży problem, godzina negocjacji na granicy nic nie dała, trzeba było wracać do Saratowa. Camping robiliśmy pod Ozinkami. ‌

Dzień 7.

Pei-Wen z Tomkiem ruszyli taksówką do Saratowa załatwić wizę, a reszta zajęła się reanimacja Uazów. W między czasie kolejni goście pojawiali się jak duchy w książce Stasiuka, policjanci i lokalni gieroje, oczywiście z arbuzem 🙂 Zastał nas wieczór, a nasi kamraci jeszcze nie wrócili, ich telefony nie odpowiadały, przez co czuć było delikatne napięcie. Ponownie przyjechali tubylcy i zaproponowali nam poczęstunek z lokalnych specjałów. Rozsiedliśmy się przy stole, biesiada w języku kazachsko-rosyjsko-polsko miganemu trwała długo. W pewnym momencie został już tylko jeden z gości- Ruslan. Zamówił kebaba z dowozem na nasze obowozisko zwane już Tczewgoszczą, tudzież Tczewbydgoszczstanem. Okazało się, że odpowiednikiem naszego kebaba jest u nich pieczony kurczak z worka foliowego. Smakował zdecydowanie lepiej niż wyglądał. O 23 rozpoczęliśmy tańce. Bałagan z Pei-Wen wrócili na już całkiem dobrze rozkręconą imprezę. O północy zabrzmiało głośne urodzinowe sto lat dla Kasi. Impreza rozkręciła się na dobre gdy okazało się, że niestety nic nie można załatwić i Pei-Wen musi jechać po nową wizę do ambasady w Moskwie! Długo spieraliśmy się czy jechać z nią czy kontynuować naszą wyprawę. Ostatecznie, decyzją Pei-Wen, podróż kontynuowaliśmy oddzielnie 😞

 

 

Dzień 8.

Pei-Wen wsiadła do autobusu o 11 i odjechała w stronę Moskwy 😞 My skończyliśmy naprawiać UAZa i ruszyliśmy w drogę na Kazachstan. Na granicy celnik powitał nas słowami "welcome to Saint Tropez". Po 40 km wyboistej drogi rozbiliśmy obóz. Pierwsza noc pod kazachskim niebem była naprawdę magiczna!

 

 

Pomagamy Paulince!

Copyright © 2017. All Rights Reserved.